Mój Mąż Ciągle Mnie Beszta I Poniża, Czyli Ofiarę Werbalnego Sadyzmu Niewiele z tych kobiet, które padły ofiarą słownych represji ze strony mężów - ciągłych wyrzutów, złej ironii, obelg, twierdzeń, a nawet zwykłego narzekania, podejrzewa, że są ofiarami domowego sadyzmu. Maine pucha chand se ke dekha hai kahin mere yaar sa hasin Chand ne kaha chandni ki kasam nahi, nahi , nahee అంటూ మహమ్మద్ రఫీ స Partner ciągle mnie krytykuje. Chyba nic mu się we mnie nie podoba. „Wciąż mnie poucza. To męczące i dołujące”. Fot. Unsplash. Jesteśmy z Jankiem razem od 8 miesięcy, mieszkamy razem od 2. Na początku było między nami bardzo dobrze, miłość wręcz nas storpedowała. Jak go poznałam to ogarnęło mnie uczucie, że TO TEN. Zastanawiam się nad pewnym faktem, bo nie potrafię tego zrozumieć. Jestem mężatką od kilkunastu, oboje dobiegamy 40. Mąż, gdy tylko z jakiejś okazji się napije, zaczyna być bardzo sentymentalny i wspomina swoje nastoletnie miłości, często przy takich okazjach słyszę: ciekawe, jak to byłoby z Sylw Maine Poocha Hussan Seke Dekha Hai Kahin By Nusrat Fateh Ali KhanFor Soul-touching Qawwali, Songs and Ghazals, please Like Share & subscribe "Shan Music Unli On nie bije mnie, czy tam nie znęca sie nademną, ale traktuje mnie jak gówniare, i ciągle poucza a mam 14 lat.Mam juz swój wiek, swój rozum, mam prawo miec swoje zdanie na każdy temat , i . Kochani proszę o poradę bo nie wiem co mam robić. Proszę też bez obrażania. Mam męża jesteśmy razem 7 lat mamy 2 dzieci. Ale jest tak że mąż nie chce pracować na umowę woli na czarno. Czasami krzyczy na mnie ale nie odzywam się i jakoś to idzie do przodu. Moja teściowa potrafi mnie obrażać i naśmiewać się z mojego wyglądu, że np: nie mam piersi i że kupi mi maść na wzrost piersi i mówi to przy obcych ludziach. Mówiłam o tym mężowi ale on nie umie się postawić swojej matce. Jak mówię, że ma się nie wtrącać w to jak wychowuje dzieci to mnie poucza. Kocham innego mężczyznę ale boję się mu o tym powiedzieć, że mnie wyśmieje a ja bym bardzo chciała z nim być. Nie wiem czy on mnie kocha ale marze aby z nim być często mi się śni. Co robić? fot. Adobe Stock, fizkes Kiedy po pobycie w szpitalu syn przywiózł mnie do domu, zrozumiałam, że nic nie będzie już takie samo jak przedtem. Czułam się słaba i chora. Zawsze byłam energiczną, pełną życia kobietą Nawet po przejściu na emeryturę nie zasiadłam przed telewizorem z drutami w rękach i motkami wełny w koszyku. Spotykałam się z przyjaciółkami na brydżu, byłam wolontariuszką w schronisku dla zwierząt, chodziłam na wykłady na uniwersytecie trzeciego wieku. Nigdy nie czułam się samotna, choć mąż zmarł dawno temu, jedyny syn, Marek, przeprowadził się z żoną przed laty do innego miasta, a Magdalena, moja dorosła wnuczka, wyjechała do pracy za granicę. Było mi oczywiście trochę przykro, że rozmawiam z najbliższymi głównie przez telefon i widuję ich właściwie tylko z okazji świąt i rodzinnych uroczystości, ale jakoś się z tym pogodziłam. Doszłam do wniosku, że takie jest życie, i nie ma się o co obrażać ani wpędzać w depresję. Niektóre moje znajome bardzo cierpiały z tego powodu. Żaliły się, że czują się zapomniane przez rodzinę, opuszczone, niepotrzebne. A ja? Dziękowałam Bogu, że jestem sprawna, jak na swój wiek zdrowa, a więc i samodzielna. Myślałam, że tak będzie do końca moich dni. Niestety… Pół roku temu miałam zawał Dokładnie pamiętam tamten koszmarny wieczór. Wracałam do domu. Całe popołudnie spędziłam ze swoimi czworonożnymi podopiecznymi ze schroniska. Wyprowadziłam je na spacer, wygłaskałam. Łóżko. Nie czułam się najlepiej, ale myślałam, że winna jest pogoda. Raz padał deszcz, zaraz potem wychodziło słońce i znowu deszcz. Ciśnienie skakało jak szalone. Byłam już prawie pod blokiem, gdy poczułam potworny ból w piersiach. Nie mogłam złapać tchu. Próbowałam zrobić jeszcze kilka kroków, ale nie byłam w stanie. Nogi się pode mną ugięły, świat zawirował… Upadłam. Ostatnie, co pamiętam, to przerażony głos sąsiadki, która krzyczy do męża, żeby natychmiast dzwonił na pogotowie. Obudziłam się w szpitalu. Byłam obolała, bo padając, trochę się potłukłam, ale żywa. Natychmiast poprosiłam pielęgniarkę, by zadzwoniła do syna. Przyjechał następnego dnia. Był lekko przestraszony, ale szczęśliwy, że z tego wyszłam. – Rozmawiałem przed chwilą z lekarzem. Powiedział, że zawał nie był zbyt rozległy, że szybko wrócisz do zdrowia – zapewnił. – To wspaniale! – ucieszyłam się, podnosząc się na poduszce. – Ale nie od razu. Leż, mamo – powstrzymał mnie syn. – To wymaga czasu. Może więc, jak wyjdziesz ze szpitala, to pojedziesz na kilka tygodni do nas? Zaopiekujemy się tobą z Iwoną, nabierzesz sił, staniesz na nogi… – tłumaczył. – Dziękuję ci, kochanie, za dobre serce, ale naprawdę poradzę sobie. Możesz spokojnie wracać do domu – odparłam szybko. Bardzo kocham swojego syna, lecz z synową jakoś nigdy nie mogłam się dogadać. W przeszłości, gdy mieszkali jeszcze u mnie, często dochodziło między nami do konfliktów. Iwona lubiła rządzić, postawić na swoim, mimo że przygarnęłam ją pod swój dach i powinna była mi okazywać szacunek i wdzięczność. Ale ona zawsze wszystko wiedziała najlepiej i wprowadzała własne rządy. Nawet do garnków nie pozwalała mi zajrzeć Na samą myśl, że miałabym z nią spędzić kilka tygodni, robiło mi się słabo. Poza tym byłam przekonana, że poleżę kilka dni w szpitalu i wszystko będzie jak dawniej. Niestety, nie było. Choroba zwaliła nie z nóg. Dosłownie. Z energicznej, wiecznie zabieganej kobiety, stałam się nagle niepełnosprawną staruszką. Na wszystko brakowało mi sił. Na dodatek z przerażeniem zauważyłam, że przy każdym, nawet najmniejszym wysiłku moje serce dosłownie wariowało. Zaczynało walić jak szalone… Obawiałam się, że nie wytrzyma, i znowu coś się stanie. Właściwie tylko w domu, a dokładniej mówiąc, w łóżku czułam się bezpiecznie. Skończyły się więc wyprawy do schroniska, na uniwersytet, brydża. Zamiast stopniowo wracać do aktywnego życia, leżałam głównie pod kołdrą, gapiąc się w telewizor. Nie wstawałam nawet wtedy, gdy odwiedzały mnie przyjaciółki. Kiedyś śmiałam się ze starszych ludzi, którzy spędzali w ten sposób dzień, litowali się nad sobą, kwękali i stękali z byle powodu. A teraz sama tak się zachowywałam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że wylegując się całymi dniami, tylko sobie szkodzę, jednak strach przed kolejnym zawałem był silniejszy. Marka oczywiście bardzo martwiła moja bezsilność i bezczynność. Przyjeżdżał co tydzień w sobotę lub niedzielę, by zrobić cięższe zakupy, trochę ogarnąć mieszkanie. Gdy widział mnie w łóżku, łapał się za głowę. – Mamo, tak nie można. Najgorsze masz już za sobą. Musisz się więcej ruszać. Chodzić do sklepu, na spacery… – tłumaczył mi za każdym razem. – Wiem, wiem, ale cóż ja poradzę na to, że jestem taka słaba, syneczku. Sam zobacz, nie mogę ruszyć ręką ani nogą – jęczałam. – Może jednak spróbujesz? Pomogę ci. Pójdziemy do parku, zobaczysz, dobrze ci to zrobi – nie ustępował. – Dziś nie. Ale jutro być może poczuję się lepiej. Wtedy już na pewno wybiorę się na spacer – odpowiadałam na odczepnego. – Obiecujesz? – patrzył mi w oczy. – Na sto procent – krzyżowałam za plecami dwa palce. Prawdę mówiąc, to jego zrzędzenie doprowadzało mnie do białej gorączki. Nie rozumiałam, dlaczego tak się upiera Jak ja miałam się ruszać, spacerować, gdy po zwykłej wyprawie do sklepu na drugą stronę ulicy miałam mroczki przed oczami i ledwie mogłam oddychać? A po wizycie kontrolnej w przychodni i badaniach czułam się tak, jakbym przebiegła maraton! Obiecywałam więc, że będę się więcej ruszać, nawet kręciłam się przy nim trochę po kuchni, ale gdy tylko Marek wyjeżdżał, wskakiwałam pod kołdrę. Myślałam, że moje zapewnienia są przekonujące, i Marek da mi święty spokój. Chciałam go uspokoić, żeby przypadkiem nie wpadł na pomysł zabrania mnie do siebie do domu! Okazało się jednak, że nie… To było trzy miesiące po moim wyjściu ze szpitala. Syn jak zwykle zapowiedział w sobotę swój przyjazd. Żeby go nie denerwować i uniknąć zrzędzenia, że znowu leżę, wstałam, pościeliłam łóżko i ubrałam się w domową sukienkę. Byłam pewna, że jak zwykle pokręci się kilka godzin, zrobi to, co zwykle, pogada na temat mojego zdrowia i pojedzie. On miał jednak zupełnie inny plan. Nie od razu zorientowałam się, że Marek zamierza u mnie zostać na dłużej. Dopiero kiedy wtaszczył do przedpokoju walizkę, zaczęło do mnie docierać, że to może nie być zwyczajna, krótka wizyta. – A po co ci ta wielgachna torba? Zamierzasz u mnie zostać? – chciałam się upewnić. – Wyobraź sobie, że tak. Dostałem trzy tygodnie urlopu i postanowiłem spędzić go u ciebie. Chcę zobaczyć, jak spacerujesz, nabierasz sił, wracasz do zdrowia. Cieszysz się, że zrobiłem ci taką niespodziankę? – zapytał z uśmiechem. – Cieszę się, cieszę. Tylko po co to poświęcenie… Tak ciężko pracujesz od rana do nocy. Powinieneś gdzieś wyjechać, odpocząć nad pięknym morzem lub w górach. No i twoja żona pewnie nie jest zadowolona, że zostawiłeś ją samą na tak długo… – zrobiłam zatroskaną minę. – Iwona nie dostała na razie wolnego, więc i tak nigdzie byśmy nie pojechali. Poza tym ma w pracy urwanie głowy, bo robią jakiś nowy projekt, i prawie się nie widujemy. Bardzo chętnie posiedzę u ciebie. Pójdziemy na targ na zakupy, nagotujesz moich ukochanych gołąbków i klopsików w sosie pomidorowym… Iwona ostatnio karmi mnie jakimiś świństwami z puszki, bo nie ma czasu na gotowanie. Brrr, ohydztwo! No i oczywiście wybierzemy się na cmentarz, na grób taty. Tak dawno tam nie byłem. Ostatni raz chyba w ubiegłym roku. Aż wstyd – ciągnął. – Nie wiem, synku, czy dam radę. Nie czuję się najlepiej. Każdy krok mnie męczy – westchnęłam. – Naprawdę? A przecież obiecywałaś mi w trakcie każdej wizyty, że powoli będziesz wracać do aktywnego życia, zaczniesz wychodzić z domu. Jeśli dotrzymywałaś słowa, powinnaś być już w niezłej formie. No, chyba że przez cały czas z premedytacją oszukiwałaś – przyglądał mi się uważnie. – Chciałam dotrzymać słowa, przysięgam. Ale okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Gdy tylko oddaliłam się za bardzo od naszego bloku, to zaraz ogarniał mnie strach, że zasłabnę, rozłożę się jak długa na ulicy i jeszcze sobie coś złamię. A wiesz, że w moim wieku to niebezpieczne. Więc wracałam do mieszkania. Chyba to rozumiesz – tłumaczyłam się pokrętnie. – Oczywiście, oczywiście… Na szczęście ten problem mamy już z głowy. Możesz bez obaw spacerować. Będę przecież przez cały czas przy tobie i w razie czego cię złapię. Nic się nie martw. Wszystko sobie dobrze zaplanowałem i przemyślałem – mówił z entuzjazmem. Zazwyczaj rodzice cieszą się z odwiedzin dzieci Ale ja miałam wtedy nietęgą minę. Zdawałam sobie sprawę z tego, że syn doskonale wie, że oszukiwałam, i podczas jego nieobecności nawet nie próbowałam wybrać się na spacer. Byłam też pewna, że w czasie swojego pobytu będzie się starał zrobić wszystko, by zmusić mnie do większej aktywności. Bałam się tego jak diabli. Leżenie i bezczynność zrobiły swoje i byłam nawet słabsza niż tuż po wyjściu ze szpitala. Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że jeśli gdzieś razem wyjdziemy, to naprawdę wyłożę się na ulicy jak długa. Kiedy więc syn z zapałem opowiadał, co będziemy przez te trzy tygodnie robić, ja zastanawiałam się nad tym, jak się od tego wykręcę. Przez pierwsze trzy dni udawało mi się całkiem nieźle. Przygotowałam co prawda Markowi jego ulubione gołąbki, a potem klopsiki, ale zakupy musiał robić sam. Mówiłam, że nie mogę z nim iść do sklepu, bo kręci mi się w głowie, pogoda jest niestabilna i serca mi omal z piersi nie wyrwie. Wysłuchiwał tych tłumaczeń w miarę spokojnie, bo cieszył się, że przynajmniej przy kuchni stanęłam. Ale czwartego dnia stracił cierpliwość. – Za oknem świeci słońce, wieje przyjemny chłodny wiaterek, ciśnienie masz modelowe. Mamo, jedziemy do taty, na cmentarz – zarządził z samego rana. – Nie ma mowy. Od bramy do grobu jest chyba z kilometr. Żebym nie wiem jak się starała, nie dojdę. Jedź sam – zaprotestowałam. – O, co to, to nie! Poradzisz sobie. Poza tym tacie jest na pewno już bardzo przykro, że o nim zapomniałaś – stwierdził, patrząc mi prosto w oczy. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby trafić w czuły punkt. Bardzo kochałam męża i było mi głupio, że przez chorobę zaniedbałam jego grób. – No dobrze, pojadę, ale jak zasłabnę, to będziesz mnie miał na sumieniu – poddałam się. Rany Boskie! Iwona przyjedzie? Droga do grobu męża nie była łatwa. Przed zawałem pokonywałam ją w góra dwadzieścia minut. I to obładowana kwiatami i zniczami. A teraz wlokłam się noga za nogą, sapiąc jak parowóz, i przystając co chwila. Gdy dotarłam wreszcie na miejsce, czułam się tak, jakbym wdrapała się na Mount Everest. Ledwie żywa osunęłam się na ławeczkę. Minęło dobrych kilka minut, zanim się pozbierałam i byłam w stanie zapalić na grobie męża znicz. – Ty to chyba chcesz, żebym się tu obok ojca za chwilę położyła – powiedziałam do syna, ciągle z trudem łapiąc powietrze. – Właśnie że tego nie chcę i dlatego zmuszam cię do wysiłku, mamo – odparł spokojnie Marek. – Ale przecież widzisz, że nie daję rady – jęknęłam. – Jak to nie dajesz? Przecież jesteśmy na miejscu. A ty ciągle oddychasz. Może z trudem, ale jednak – uśmiechnął się Marek i wyjął z torby butelkę wody. – Napij się… – Tym razem jakimś cudem się udało. Ale następnym mogę paść trupem. Na przykład w drodze powrotnej do samochodu – obruszyłam się. – Nie padniesz, nie padniesz. Wyniki badań masz modelowe. Wiem, bo zajrzałem do twoich papierów… Jesteś taka zamęczona, bo nic nie robisz, tylko się wylegujesz w łóżku – znowu zaczął starą śpiewkę. – Ile razy mam ci powtarzać, że na nic więcej nie mam siły?! – Odzyskasz je, jeśli zaczniesz chodzić, normalnie żyć. Zobaczysz, mamuś, jeśli się zmobilizujesz, rozruszasz kości, wzmocnisz serce, to za kilkanaście dni wyprawa na cmentarz będzie dla ciebie zwyczajnym spacerkiem – upierał się. – O nie, kochany! Więcej mnie nie namówisz na żadne takie wyprawy! Koniec, kropka! Za wiele mnie to kosztowało – zdenerwowałam się. – Mimo wszystko będę próbował – syn się nie poddawał. – I nic nie wskórasz. Chyba nie zamierzasz zmuszać mnie do chodzenia siłą, nie daj Boże, sterroryzować? – zapytałam z przekąsem. Syn przez chwilę się zastanawiał. – Rzeczywiście, chyba się na to nie odważę. Może zabraknąć mi silnej woli, a przede wszystkim stanowczości. Za bardzo cię kocham, żeby bezwzględnie naciskać – odparł. – No właśnie, więc skończmy z tym cyrkiem. Jak przyjdzie czas, to wrócę do aktywnego życia. A na razie błagam cię, daj mi święty spokój – powiedziałam stanowczym tonem. Ale syn jakby mnie nie słuchał. – Tak, rzeczywiście, mogę być za miękki… Ale Iwona raczej nie będzie wobec teściowej taka łagodna – ciągnął dalej, jakby do siebie. – Twoja żona?! – Owszem – skinął głową. – A niby co ona ma do mojego zdrowia? – zdziwiłam się. – Opowiadałem jej co nieco o twoim zachowaniu w ostatnich tygodniach. Nie była zachwycona. Gdy wyjeżdżałem do ciebie, stwierdziła, że raczej nie będzie mi łatwo wyciągnąć cię z domu, zmusić do aktywności. Jesteś przecież taka uparta… – zaczął tłumaczyć. – Jak możesz! – obruszyłam się. – Mamo, błagam, daj mi skończyć. No więc Iwona obiecała, że jeśli ja sobie z tobą nie poradzę, to mnie po tych trzech tygodniach u ciebie zastąpi – wypalił. Zamarłam. Dobrze, że siedziałam na ławeczce bo chyba bym się przewróciła. – Żartujesz, prawda? – wykrztusiłam. – Powiedz, że to żart. – Wcale nie. Za tydzień, najdalej dwa, Iwona skończy projekt i będzie wreszcie mogła wziąć wolne. Z tego, co mi mówiła, wynika, że z zaległym urlopem z ubiegłego roku jest tego ponad półtora miesiąca – odparł. – Słucham?! – Naprawdę! Obiecała, że przyjedzie i postawi cię na nogi. A sama wiesz, jaka ona jest. Jak sobie coś postanowi, to tak musi być, i już. Nieraz się z tego powodu kłóciłyście w przeszłości – przypomniał mi. – No właśnie! I dlatego uważam, że blefujesz! Twoja żona nigdy nie poświęciłaby dla mnie swojego cennego urlopu! Na pewno woli poleżeć gdzieś na plaży, niż opiekować się teściową – zakrzyknęłam. Syn tylko się uśmiechnął. – Zapewniam cię, że to zrobi. Może faktycznie nie kocha cię tak mocno jak rodzoną matkę, ale zależy jej na twoim zdrowiu. Tak samo jak mnie. Więc nie łudź się, mamo, że zrezygnuje. Przyjedzie i wprowadzi tu swoje porządki – zapewnił. – Nie ma mowy! Masz do niej zadzwonić i natychmiast wybić jej ten głupi pomysł z głowy! – zażądałam. – Teraz to ty żartujesz! Za żadne skarby nie sprzeciwię się Iwonie. Nie mam ochoty na piekło w domu! A poza tym, dlaczego mam jej wybijać ten pomysł z głowy? Przecież mnie też zależy, żebyś stanęła na nogi – odparł z niewinną minką. Byłam zdruzgotana – To szantaż! Ojciec się w grobie przewraca, gdy to słyszy – powiedziałam rozżalonym tonem. Na to syn podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. – A ja sobie myślę, mamo, że bardzo się cieszy – odparł ciepło. Nie muszę chyba mówić, co było dalej. Poddałam się „terrorowi” syna. Wolałam już to, niż półtora miesiąca męczarni z synową. Na samą myśl, jak bierze mnie do galopu, pogania, poucza, ciarki mi po plecach przechodziły. Gdy więc następnego dnia Marek zaproponował spacer do parku, nawet nie próbowałam protestować… Wiedziałam, że tylko tak się uchronię przed wizytą Iwony. Początki powrotu do normalnego życia nie były łatwe. Szybko się męczyłam, co chwila musiałam odpoczywać. Serce oczywiście waliło mi jak oszalałe, ale syn tak sprytnie zabawiał mnie rozmową, że w pewnym momencie przestałam zwracać na to uwagę. Po kilku dniach ze zdumieniem i radością stwierdziłam, że czuję się coraz lepiej. Wracały mi siły i dawna energia. Serce też przestało wariować. Nawet po półgodzinnej przechadzce i gotowaniu kolejnej porcji gołąbków dla Marka biło rytmicznie, spokojnie. Gdy po trzech tygodniach żegnałam się z synem, obiecałam, że nie będę już spędzać dni w łóżku. – Mam nadzieję. Bo jak nie, to wiesz… – pogroził mi palcem. Tym razem dotrzymałam obietnicy. Jestem aktywna. Znowu spotykam się z przyjaciółkami na brydżu, chodzę na wykłady, coraz częściej zaglądam do schroniska dla zwierząt. Spacerując z psiakami po okolicznych polach, zastanawiam się, co by ze mną było, gdyby nie determinacja syna. No i strach przed synową… Czytaj także:„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę” Ja też miałam ten problem, że często z mężem kłóciliśmy się, często mąż mnie wyzywał od najgorszych, często również przy dziecku i znajomych. Wielokrotnie przeglądałam różne fora dyskusyjne, i czytałam różne porady, niestety nic nie działa. Jedną z pierwszych metod które zastosowałam przeczytaniu poradników było zmienić siebie na atrakcyjniejszą, aby mężowi zaczęło zależeć. Niestety efekt był odwrotny od zamierzonego, zaczęły się kolejne kłótnie, ale teraz pretekstem było to, że się pindraczę i w dodatku dla jakiegoś gacha. Mąż zaczął mnie wyzywać jeszcze gorzej niż wcześniej. Zastosowałam kolejną metodę: nie odzywałam się, nie prowokowałam i nie wchodziłam w żadne dyskusje. Działało tylko przez chwilę, kilka dni spokoju, a potem balonik pękł i była jeszcze gorsza awantura. Nie dość, że mąż mnie wyzywał od dziwek, to jeszcze na dodatek robił to przy naszym dziecku… Nie wiedziałam co robić. Wielokrotnie próbowałam mu uświadomić, że mnie rani, że nie może tak się zachowywać, próbowałam mu wytłumaczyć, że powinien się zmienić, że powinien mnie szanować i przede wszystkim nie może być w stosunku do mnie agresywny. Niestety żadne tłumaczenia do niego nie trafiały. 7 lat… Nasze małżeństwo miało już ponad 8 lat i jak to w powiedzeniu było, że po 7 latach się sypie, niestety tak też było u nas. Pierwsze 7 lat było cudowne, kwiaty, kolacje, ochy i achy, potem zaczęło się sypać, zaczęły się kłótnie (bez powodu) wyzwiska, obrażanie. Na szczęście nigdy mąż mnie nie uderzył, ale obawiałam się, że do tego może dojść. Starałam się pielęgnować nasze małżeństwo zarówno od strony intymnej, jak i na zewnątrz, to ciasto upiekłam, to oglądałam z nim piłkę (nie cierpię piłki) to starałam się spędzać z nim czas. Kocham męża… Cierpiałam, ale kochałam, i nie chciałam rozbijać naszego małżeństwa, przede wszystkim dla naszego dzieciaczka. Cudnego małego Bartusia wtedy miał już 5 lat i potrzebował zarówno mamy jak i taty. Niestety mąż mój zaczął coraz częściej wracać późno do domu, zaczęłam podejrzewać go o zdradę, ale mimo wszystko ciągnęłam to dalej. Był to piątek, wróciłam z pracy trochę wcześniej niż zazwyczaj i miałam zamiar przygotować fajny obiad mojemu, Bartusia zabrałam z przedszkola, szybkie zakupy i wzięłam się za pichcenia, miałam jeszcze około 2 godziny do powrotu męża. Obiad prawie gotowy, stół elegancko nakryty, świece nawet przygotowałam, wino, te sprawy… no i szybko podmalowane oko – gotowa. Przyszedł z niewyraźną miną i od progu zaczął się czepiać, że dziecko niedopilnowane samo się bawi w pokoju (Bartek ma już 5 lat, nie potrzebuje non stop opieki), że świeczki to na święta się stawia, że wymalowałam się, czy gdzieś wychodzę, zamiast mu obiad podać i zaczęło się: wyzwiska, poniżanie. Do dzisiaj nie wiem dlaczego mąż mnie wyzywał. Wzięłam torbę Bartusia, wrzuciłam jego kilka podstawowych ciuchów, torebkę i wyszłam z domu. nie wróciłam. Odeszłam od męża… Początki nowego życia były trudne, najpierw zamieszkałam na chwilę u mojej mamy, by potem wynająć sobie malutkie mieszkanko, rozwód ciągnął się jak flaki z olejem, bo albo nie przychodził na rozprawę, albo odwlekał, że chce byśmy byli razem i takie tam. Wiem jedno To że się rozstaliśmy było najlepsza decyzją jaką w życiu podjęłam. Teraz już jako starsza i bardziej doświadczona kobieta potrafię wyfiltrować facetów, którzy nie mają szacunku do kobiet i w ogóle z takimi nie utrzymują żadnych kontaktów. A miłość mojego życia pewnie jeszcze nadejdzie. Czy Was też czasem boli serce ?bo mnie właśnie teraz Powiedzcie co o tym myślicie … Jestem mamą dwóch córek 3 i 5 lat mąż pracuje ,nie zarabia kokosów ale jest jedynym żywicielem rodziny ,ma swoją małą firmę . Niestety lubi nadużywać alkoholu zadko są dni kiedy nic nie wypije. Nie jest jakoś bardzo pijany ale wypity aczkolwiek bywa tak że jest też nawalony ale niezbyt może sobie na to pozwolić mając firmę dlatego codziennie praktycznie popija . Ciągle ma do mnie jakiś problem ,że nie sprzątam że nie gotuje co jest kompletna bzdura i to boli najbardziej Słyszę czasem tak jak dziś że jestem imbecylem że leżę non stop całymi dniami i nic nie robię . Powiedzcie co wy myślicie o tej sytuacji bo ja mam naprawdę czasem dość ,szukam winy w sobie już zaczynam sobie tłumaczyć że łzami w oczach ,kobieto to z to a jest coś nie tak skoro on tak mówi. Dodam że nie mam pracy ,pieniędzy ,mieszkania wszystko jest jego . A co do bałaganu to mimo że sprzątam non stop to przy dzieciach jednak nie da się mieć non stop porządku ,bynajmniej nie przy moich . Po ślubie jesteśmy 9 lat i pytanie co teraz ? Raz mam ochotę zucic to wszystko ,odejść ,życie mam jedno ale z drugiej strony być tak sama a dodam że on ogólnie nie jest złym facetem,nie ogranicza mnie finansowo tylko ten problem alkoholowy ,przez to chyba taki jest Dodam że był na spotkaniu AA ale na drugie nie chciał już iść . Chcę poruszyć pewien temat, który bardzo mnie dziwi, a o którym dość mało się mówi w kontekście biznesu. Sprawa jest dla mnie o tyle zaskakująca, że u nas nigdy nie było z tym problemu. Chodzi o wzajemnie wparcie. W zeszłym roku przeprowadziłem ponad 120 konsultacji. Niecała połowa rozmówców to były osoby, które dopiero zamierzają wejść w biznes. Część z tych osób ma niesłychanie komfortową sytuację, bo np. mieszkają jeszcze z rodzicami. Nie mają jeszcze rachunków do opłacenia, dzieci czy kredytu na karku itp. Mają zapewniony dach nad głową, mają co jeść. To jest świetny czas na testowanie swoich pomysłów. Bo nawet jak nie wyjdzie, to najwyżej stracą trochę pieniędzy i czasu. Druga grupa to Ci, którzy już pracują i są w związkach małżeńskich. I wiecie co często takie osoby mówią lub piszą? “Chcę przejść z etatu na swoje, ale mój mąż / moja żona w ogóle mnie nie wspiera. Mówi, że przecież mam dobrą pracę, pensja jest na czas, to po co wymyślam, w dupie mi się poprzewracało” Albo: “Jak tylko powiedziałem mu / jej o swoim pomyśle, to spotkałam się z drwinami, śmiechem, a później głupimi docinkami i wyszydzaniem przy jakimś rodzinnym spotkaniu.” I wiecie co? Ja to czytam i robi mi się po prostu smutno. Naprawdę cholernie mi szkoda, że ludzie są w związkach, w których nie ma wsparcia, rozmowy, a są heheszki, podśmiechujki, wyszydzanie i podcinanie skrzydeł już na starcie. Jak kobieta chce czegoś więcej, ma ambicje, chce zmienić pracę, albo otworzyć biznes, a jej facet zamiast być NAJWIĘKSZYM wsparciem, rozsiada się wygodnie w loży szyderców, to ja życzę jej, ale to tak jej życzę jak tylko życzyć można, żeby: postawiła na swoim; mądrze prowadziła swój biznes; zarabiała taką kasę, żeby mogła nią palić w piecu. To będzie jej najlepsza zemsta na swoim byłym. Bo jak on nie zrozumie, że jest dupkiem i takim zachowaniem ją krzywdzi, to prędzej czy później na pewno zostanie jej byłym. Albo sam odejdzie, albo ona po prostu kopnie go w dupę, bo dotrze do niej w końcu, że zasługuje na kogoś, kto będzie ją wspierał. Ale żeby nie było, że to zawsze kobieta jest tą uciskającą, a facet jest po stronie oprawcy. Wiem, że działa to też w drugą stronę, ale faceci rzadziej poruszają ten temat, bo po prostu się wstydzą, nie chcą wyjść na cieniasów itp. Tylko, że rozwiązanie jest proste. Trzeba usiąść i porozmawiać. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle. Może na początek warto ten biznes rozkręcać tylko po godzinach, bez rzucania się na głęboką wodę? Może warto wspólnie porozmawiać o finansach? Może w domu jest dużo zbędnych rzeczy, które można sprzedać? Może da się na czymś jeszcze dorobić? Może warto odpuścić jedne wakacje? Może warto zmniejszyć opłaty za telewizję czy telefony? Po co to wszystko? A no po to, żeby zbudować solidną poduszkę finansową. Wtedy jak biznes nie wyjdzie, to rodzina może normalnie funkcjonować. Powyższy akapit z tego co obserwuję dotyczy częściej mężczyzn niż kobiet. W robocie coś mu nie pójdzie, szef go opieprzy, klient odwoła spotkanie i wraca taki do domu, rzuca marynarką i krzyczy: rzucam pracę! Zakładam biznes! Nikt mnie nie będzie tak traktował! No on jeszcze nie wie, co go czeka na swoim 😀 Nie pomyśli, jak oni będą żyć przez następne pół roku czy rok. Jakoś to będzie! On rzuca pracę! Chyba dlatego nie ma wsparcia ze strony żony, bo ona się boi o te kolejne miesiące. To nie jest tak, że nie rozumie, nie chce go wspierać, ale po prostu się boi. Mąż / żona będzie Cię wspierać, ale: Powiedz dokładnie, co Cię gryzie? Jaki masz na to wszystko pomysł? Jaki jest plan działania? Co zamierzasz zrobić, jak nie wyjdzie? Jak zostaną zabezpieczone finanse? Jak będzie finansowane bieżące życie? Co z czasem dla siebie i dla rodziny? U nas nigdy nie mieliśmy z tym problemu, ale to wynika z tego, że dużo rozmawiamy. Jak chciałem zacząć szkolenia z szybkiego czytania, to Ola powiedziała tylko: ok, to działaj. Jak mogę pomóc? Jak postanowiłem, że chcę skończyć z prowadzeniem kursów indywidualnych i więcej energii włożyć w blog, to też usiedliśmy i rozmawialiśmy jak ja to widzę. Prawda jest taka, że jeszcze przez jakiś czas działałem na rynku efektywnej nauki, ale bardzo sporadycznie. Może o tyle było prościej, że oboje pracowaliśmy i zawsze mieliśmy jakieś oszczędności. Z drugiej strony – jak też wiedziałem, że jak projekty blogowe nie będą dochodowe, to po prostu wrócę do szkoleń, bo w tamtej branży mam bardzo dobrą reputację. Na tyle dobrą, że po dziś dzień zawsze we wrześniu dzwonią ludzie i chcą, żebym przyjechał uczyć ich dzieciaki. Jak Ola zastanawiała się nad zmianą pracy, to też miała moje pełne wsparcie. Nawet chwilami sama miała wątpliwości czy z tym nie poczekać, bo było to pół roku przed naszym ślubem, który w całości chcieliśmy sfinansować z własnej kieszeni. Ostatecznie ją namówiłem i trafiła do pewnego towarzystwa ubezpieczeniowego, gdzie akurat miałem kurs indywidualny z jednym z dyrektorów 😉 Jednak nie do końca to było to, więc po dwóch miesiącach Ola podjęła pracę jako przedstawiciel w PWN, a potem zaproponowano jej pracę w Wedel. Nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby powiedzieć: Ola, daj spokój. Masz dobrą pracę, telefon służbowy, auto służbowe, weź se odpuść. Tysiące ludzi chciałoby taką pracę, a Ty wybrzydzasz? I teraz tak zupełnie szczerze. Wspierałem ją bo: Skoro mamy być razem ze sobą do grobowej deski, to my dla siebie musimy być najważniejsi. Kropka. Nawet jak pojawiło się dziecko, to ono nie może być na pierwszym miejscu ani dla matki, ani dla ojca. Kontrowersyjne? Nie, to logiczne. Dzieci będą z nami przez 20-25 lat. Potem pójdą na swoje, a my znów zostaniemy sami. Nie da się mieć dobrego związku jak jedno czy drugie będzie przez 20, albo więcej lat spychane na drugi plan. Później mamy takie małżeństwa, że dzieci z gniazda wyfrunęły, a rodzice niby są razem, ale jednak osobno. W zasadzie tylko mieszkają razem. Dlatego właśnie trzeba sobie pomagać, wspierać się, dodawać otuchy. Nawet jak jest ciężko. Dlaczego jeszcze wspierałem Olę jak chciała zmienić pracę? To proste: to było też w moim interesie. Po prostu wiedziałem, że prędzej czy później ja też będę chciał (albo musiał) coś zmienić i będzie znacznie lepiej znaleźć się po jednej stronie barykady razem z Olą. Gdybym ja jej nie kibicował, to wiem, że później mogłaby negować moje projekty. Nawet nie dlatego, że coś z nimi nie tak. Dlatego, że kobiety są pamiętliwe i “dla zasady” w takich sytuacjach będą chciały wyrównać rachunek. No nie jest tak? 😀 Możecie powiedzieć, że to bardzo wyrachowane podejście, ale czy takiego wczucia się w sytuację drugiego człowieka nie nazywamy empatią? 😉 Jakby tego nie nazywać, to prawda jest taka, że to działa i… jeśli oczekujesz od drugiej strony wsparcia, najpierw bądź wspierającym. Jeśli chcesz coś zmienić, to podejdź do sprawy poważnie: zabezpiecz finanse, zrób plan, ucz się, zrób plan B. Mając to wszystko usiądźcie razem do rozmowy. Aż takie to skomplikowane?

mąż ciągle mnie poucza