od 18 lat. Thriller, Dramat. Adaptacja powieści autorstwa Gillian Flynn. Amy ( Rosamund Pike) i Nick Dunne ( Ben Affleck) to małżeństwo, które po przeprowadzce przeżywa kryzys. W piątą rocznicę ich ślubu, kobieta znika, a podejrzenia padają na jej męża. Małżeństwo Charliego (Adam Driver) i Nicole (Scarlett Johansson) trwa już dziesięć lat. Para razem mieszka, pracuje i wychowuje ukochanego syna. On jest reżyserem teatralnym, który zdobył uznanie wystawiając sztuki w Nowym Jorku. Ona, niegdyś gwiazda młodzieżowych filmów pracująca w Los Angeles, obecnie występuje na deskach Małżeństwo Daniela Olbrychskiego z Zuzanną Łapicką było bardzo burzliwe. Z dzienników, które pozostawił po sobie ojciec Zuzanny - ekscentryczny aktor i reżys Dowcip.NET » Najlepsze dowcipy» Dowcipy o kłótniach małżeńskich Sortuj wg.: najnowsze • najlepsze • najpopularniejsze Długość: wszystkie • króciutkie • krótkie • średnie • długie • długaśne Übersetzung im Kontext von „o związkach małżeńskich“ in Polnisch-Deutsch von Reverso Context: Jeżeli małżeństwo zostało zawarte przed 23 sierpnia 1977 r., w wyjątkowych przypadkach zastosowanie ma konwencja haska o związkach małżeńskich z dnia 17 lipca 1905 r., która odnosi się do prawa ojczystego mężczyzny w czasie zawarcia małżeństwa. Na brzegu kłamstw to historia o kłamstwach, zdradach i niedotrzymanych obietnicach. O wyrzutach sumienia z powodu błędów, których nie potrafimy naprawić. O lęku, niepewności i nadziei. Wiosną 1874 roku śmietanką towarzyską w Charleston wstrząśnie kolejny skandal za sprawą tajemniczego przybysza w niezbyt modnym fraku. . Tak się składa, że po raz kolejny proponujemy Wam okładkę z celebrytami. Droczy Czytelnicy! Tym razem pretekstem jest rozgrzewający media na całym świecie rozwód słynnej pary aktorskiej Jolie–Pitt. Jednak – jak zawsze w FORUM – staramy się znaleźć nieoczywisty klucz do głośnej historii. Nie znajdziecie więc u nas pikantnych szczegółów i opowieści o małżeńskich zdradach – tych pełno w tabloidach i kolorowych magazynach. My proponujemy Państwu opowieść o tworzeniu perfekcyjnej maszyny marketingowej pod nazwą Brangelina. Jak to się stało, że para zrzuciła z siebie początkowe odium „rozbijaczy małżeńskiego szczęścia”, by stworzyć rodzinę idealną, która zarabiała na swej popularności miliony dolarów – przeczytacie w najnowszym FORUM. Jak zawsze zaproponujemy też Państwu „Echa Polskie”, ale tym razem zupełnie nieoczywiste, bo zasadniczo oderwane od bieżącej polityki. Reporterka niemieckiego „Suddeutsche Zeitung” przyjechała do Polski, by przyjrzeć się fenomenowi opętań. Rozmawiając z kolejnymi bohaterami, psychologami i księżmi egzorcystami, rusza tropem szatana, który ostatnio nad Wisłą ujawnia się w całej swej mocy. Za nami pierwsza debata prezydencka w Stanach Zjednoczonych. Nie próbujemy dociekać, kto został jej zwycięzcą, ale zwracamy uwagę na mało znane zjawisko – im bliżej do wyborów, tym częściej pojawiają się hakerzy, atakujący amerykański system wyborczy. Kto za nimi stoi? Czy są w stanie wpłynąć na wynik wyborów? Aktywizują się hakerzy, aktywizują się także terroryści. W FORUM prezentujemy wyniki śledztwa, kto stał za ostatnimi wybuchami bomb w Nowym Jorku. Zapewne nie ci sami, co za udaremnionymi zamachami w Paryżu. Te ostatnie mówią nam jednak o ostatecznej broni, jaka została terrorystom z Państwa Islamskiego – teraz na front samobójczej walki rzucają kobiety, z natury mniej podejrzane dla wszystkich służb bezpieczeństwa. Gdy brak spektakularnych ataków i akcji pacyfikacyjnych, świat zapomina o palestyńsko-izraelskim konflikcie. Tymczasem wciąż giną w nim niewinni ludzie. Nasz reportaż z Hebronu pokazuje politykę izraelskiej armii, która ma za zadanie utrzymać Palestyńczyków w strachu – i to wszelkimi metodami. „Robimy rzeczy straszne, ale po to, żeby oni się bali i nie zaatakowali nas, Żydów” – tłumaczy młody żołnierz. Czy ta strategia się sprawdza? Czy tu jeszcze w ogóle można na zimno mówić o „strategii”? Na pewno – póki co – sprawdza się strategia handlarzy żywym towarem, którzy mamią młode Nigeryjki perspektywą dobrej pracy w Europie, by wywieźć je do Paryża, gdzie dziewczyny – z ogromnym długiem, który jakoby mają wobec sutenera – wylądować na ulicy bądź w burdelu. Kolejność jest prosta – najpierw są łamane, potem szlifują umiejętności na klientach z własnego kręgu kulturowego, by ostatecznie oszlifowane trafić do paryskiego lasku Vincennes, gdzie mogą dostąpić zaszczytu obsługi białej publiczności. Wyrwać się z tego piekielnego kręgu nie jest łatwo, ale są takie, którym się udaje. Niektóre uciekają w normalność, starając się zapomnieć o koszmarze, ale są i takie bohaterki, które angażują się w pomoc koleżankom wciąż pozostających w łapach seksgangów. Dosyć już koszmarów, prawda? Dlatego dla odprężenia proponujemy Czytelnikom wycieczkę do Castel Gandolfo. Linia kolejowa z Watykanu do letniego zamku papieży przez dziesięciolecia była najbardziej ekskluzywnym połączeniem kolejowym na świecie. Ale papież Franciszek otworzył drzwi swojego pociągu dla wszystkich chętnych. Gdy już odpoczęliśmy w papieskim zamku, przenosimy się w przestrzeni (ale, niestety, nie w czasie) do Dagestanu, gdzie do dziś praktykuje się rytualne obrzezanie dziewczynek. Prymitywnymi narzędziami, bez znieczulenia, usuwa im się łechtaczki, a nawet wargi sromowe. Choć to teoretycznie zakazane, wszyscy przymykają na to oko, by w młodej muzułmance stłumić „niebezpieczny popęd seksualny”. Tymczasem Richard Dawkins w rozmowie z „Suddeutsche Zeitung” przekonuje, że „podstawowa zasada, że seks to frajda, jest mocno wryta w nasze umysły”. I rozwija swoją teorię selekcji naturalnej, tłumacząc jednocześnie, jak zakłóca ją współczesna kultura. Mówi też, co zrobiłby, gdyby jednak spotkał kiedyś Boga. Co? Poczytajcie w FORUM! Na koniec dwa teksty z różnych powodów egzotyczne. Najpierw, dla wytchnienia, proponujemy Państwu wizytę na rajskich plażach Tajlandii, by potem zabrać Was do Kenii. Nie, nie na plażę, ale w mroki kenijskiej dżungli, gdzie kilkadziesiąt lat temu wybuchło antykolonialne powstanie Mau-Mau, lecz dopiero dziś wychodzą na światło dzienne okrucieństwa Brytyjczyków, zwalczających powstanie plemienia Kikuju. Zapraszam do lektury! Paweł MoskalewiczRedaktor naczelny W starciu o Złote Globy Historia małżeńska przegoniła wszystkich tegorocznych faworytów, zdobywając aż 6 statuetek – najlepszy dramat, najlepsza aktorka w dramacie (Scarlett Johansson), najlepszy aktor w dramacie (Adam Driver), najlepsza aktorka drugoplanowa (Laura Dern), najlepszy scenariusz (Noah Baumbach) i najlepsza muzyka (Randy Newman). Film opowiada historię rozwodzącego się małżeństwa. Reżyser Noah Baumbach nie sięgnął po temat nowatorski, a po formułę dobrze znaną z takich produkcji jak: Sprawa Kramerów, 500 dni miłości czy Blue Valentine. Co więc sprawia, że w gruncie rzeczy oklepana opowieść, wciąż wydaje się świeża? Skandalista, wybitny aktor, łamacz kobiecych serc. Brad Pitt kończy 56 lat! Fabuła filmu „Historia małżeńska” Fabuła skupia się na rozpadzie związku Nicole (Scarlett Johansson) i Charliego (Adam Driver), małżeństwa z 10-letnim stażem i 8-letnim synkiem. On jest reżyserem teatralnym, który powoli zaczyna wypalać się zawodowo, co przeradza się w frustrację. Ona jest aktorką, która dla swojego przyszłego męża zrezygnowała z kariery hollywoodzkiej i przeprowadziła się do Nowego Yorku, by występować w jego teatrze. Dwoje ludzi, których niegdyś połączyło wielkie uczucie postanawia rozstać się w zgodzie. Wszystko do czasu, kiedy Nicole otrzymuje telefon do jednej z najlepszych prawniczek w LA (Laura Dern) i decyduje się skorzystać z jej usług. Okazuje się wówczas, że pragnień tych dwojga nie da się pogodzić. A przynajmniej nie tak, aby żadna ze stron nie była pokrzywdzona. Fot. Kadr z filmu "Historia małżeńska" Recenzja filmu „Historia małżeńska” Co kocham w Nicole? Odpowiedzią na to pytanie rozpoczyna się Historia małżeńska. Widzimy długą sekwencję dowodów głębokiej, dojrzałej miłości. Listę poważnych powodów oraz drobnostek, na które zwróciłby uwagę tylko bardzo zakochany człowiek. Dlatego właśnie to co następuje jest tak dewastujące. Ciężko uwierzyć, że miłość, o której sile dowiedziono nam w tak dobitny sposób właśnie się skończyła. Błogi stan, w który wprowadziło nas pierwsze 7 minut zostaje brutalnie przerwany. Od tej pory będzie już tylko gorzej. Zamiast pogrążać się w rozpaczy, możemy jednak pójść w ślady bohaterów i sporządzić naszą listę powodów, dla których nie możemy przestać myśleć o Historii małżeńskiej. 1. Duet aktorski Na czele listy znajdą się aż dwa powody, by ten film uwielbiać i bez których na pewno by się nie udał: Scarlett Johansson i Adam Driver. O ile po obojgu z nich można spodziewać się przynajmniej dobrego występu, to tym razem przeszli najśmielsze oczekiwania. Ciężko mi powiedzieć, kiedy ostatni raz widziałam amerykańską produkcję z równie poruszającą grą aktorską. Moje ogromne zdumienie wzbudziła transformacja Johansson z pierwszej seksbomby Hollywood w interesującą w swej przeciętności bohaterkę. W ten sposób twórcy zrównali swoje postacie pod względem atrakcyjności i przynajmniej w tym zakresie dali im równe szanse. W Historii małżeńskiej nie ma miejsca na splendor i podniosłe sceny. Siła filmu tkwi w szarej, smutnej i pełnej rozczarowań rzeczywistości. Tacy też są jego bohaterowie – zachwycająco autentyczni. Jeśli jednak miałabym wybierać pomiędzy dwójką fantastycznych aktorów, to w tej konkurencji Adam Driver rozkłada wszystko i wszystkich na łopatki. Jeśli nie otrzyma Oscara, to nie wiem kto mógłby na niego zasłużyć. 2. Nierozstrzygalność racji Historia małżeńska opiera się na dwóch różnych, niemożliwych do pogodzenia perspektywach, które reprezentują amerykańskie miasta – Nowy York i Los Angeles. Charlie jest osobą bardzo poukładaną, wiecznie myślącą o pracy, desperacko trzymającą się tego co już ma. Nicole natomiast, nie lubi stresować się rzeczami nieistotnymi, wie kiedy odpuścić, a przede wszystkim, marzy o wolności i nowych możliwościach. A jak wiadomo, w LA jest dużo otwartej przestrzeni. Oboje mają bardzo jasno sprecyzowane pragnienia. Problem w tym, że ciężko nam osądzić, które są istotniejsze i bardziej zasługują na spełnienie. Widzowie zostają postawieni w pozycji najlepszego przyjaciela rozstającej się pary, który nagle musi wybierać po której stronie stanąć. Rzecz w tym, że racja jest zawsze po obu stronach, a na domiar złego – żywimy sympatię do obu osób i żadnej nie chcemy porzucać. Seans przypomina rozdrapywanie starej rany. Reżyser torturuje nas emocjonalnie zmuszając do postawienia się po obu stronach barykady. Odnajduje najbardziej bolesne punkty i zmusza do zmierzenia się z prawdą. A prawda jest taka, że w przeciwieństwie do tego co orzeka sąd, w sprawie rozwodowej nigdy nie ma zwycięzców. Fot. Kadr z filmu "Historia małżeńska" 3. Komentarz społeczny Monolog prawniczki granej przez Laurę Dern o fundamentach kultury chrześcijańskiej jest jednym z najbardziej trafnych podsumowań naszego społeczeństwa jakie kiedykolwiek słyszałam. I chyba nie powinno mnie to dziwić. Twórczość Noaha Baumbacha słynie z akuratnych komentarzy wymierzonych w klasę średnią oraz środowiska artystyczne. Umiejętność uchwycenia bolączek poszczególnych warstw społecznych zaowocowała w Historii małżeńskiej. Nie ma tu już jednak typowej dla reżysera satyry. Zderzający się ze ścianą bohaterowie są dalecy od bycia śmiesznymi. Fot. Kadr z filmu "Historia małżeńska" 4. Drobne gesty Obcinanie włosów, przebieranie się na Halloween, naprawianie bramy, wspólne czytanie z synem – Historia małżeńska składa się z subtelnych gestów o dużym ładunku emocjonalnym. To te detale wypełniają rzeczywistość bohaterów i nadają jej znaczenie. Sprawiają, że ich historia jest tak wyjątkowa. Zamiast podkreślać różnice dzielące bohaterów, Noah Baumbach skupia się na uwypukleniu łączącej ich więzi. Przywiązanie rodzinne, wspólni znajomi, zainteresowania, syn i ogromne przywiązanie sprawiają, że bohaterowie być może nigdy do końca się od siebie nie uwolnią. I jak pokazuje nam ostatnia scena, w której Nicole z matczyną troską zawiązuje Charliemu sznurówkę, może nawet sami tego nie chcą. Fot. Kadr z filmu "Historia małżeńska" 5. Historia prawdziwa Najlepiej opowiadamy o tym, co sami dobrze znamy. Nie powinno zatem zaskakiwać, że łamiący serce autentyzm Historii małżeńskiej nie wziął się znikąd. Noah Baumbach w 2013 roku sam przeszedł bolesne rozstanie ze swoją żoną Jennifer Jason Leigh, z którą łączyło go niemal 10 lat wspólnego życia oraz mały synek. Przyczyną rozwodu były „różnice nie do pogodzenia”. Trudno tutaj o zbieg okoliczności, choć sam reżyser zaprzecza w wywiadach tym domysłom. Nie wydaje się jednak, żeby potwierdzenie plotek było w tym przypadku najważniejsze. Historia małżeńska jest filmem o rozwodzie Nicole i Charliego, ale każdy kto kiedykolwiek przeżył bolesne rozstanie lub choćby pokłócił się z ukochaną osobą może się w nim odnaleźć. Jest to opowieść zarówno uniwersalna, jak i dogłębnie osobista. I w tym tkwi jej największa siła. Historia małżeńska jest dostępna na Netflixie i wciąż można ją obejrzeć w kinach. Plakat filmu Historia małżeńska: Fot. Materiały prasowe Data utworzenia: 4 lipca 2012, 16:27. Ewa Kasprzyk coraz rzadziej widywana jest w towarzystwie męża Jerzego Bernatowicza. Jej znajomi twierdzą, że coś jest na rzeczy, bo od dłuższego czasu "nic nie mówi o Jurku". Warto przy okazji przypomnieć, że w jednym z wywiadów, w których opowiadała o małżeńskich zdradach, wyznała, że "nie jest święta" ewa kasprzyk Foto: Andrzej Marchwiński / Aktorka na salonach pojawia się często razem z dużo młodszym mężczyzną. Kasprzyk szła z nim pod rękę na imprezę otwarcia Chic Body&Hair Spa. Pani Ewa w jednym z ostatnich wywiadów powiedziała, że jest zakochana. Niestety, nie sprecyzowała w kim. - „Wyobrażacie sobie, że mam młodszego o 25 lat kochanka? Przecież wszyscy by mnie zjedli!” - mówiła. W małżeństwie Kasprzyk nie dzieje się najlepiej. - „Ewa już od kilku miesięcy nic nie mówi o Jurku, a do tej pory często opowiadała, co u niego” - zdradza informator magazynu "Rewia". Zobacz także Aktorka otwarcie mówi, że "„nie jest święta”", a swojemu mężowi wybaczyła zdradę. Czy teraz ma być na odwrót? /10 Andrzej Marchwiński / Ewa Kasprzyk z tajemniczym znajomym /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk na otwarciu Chic Body&Hair Spa /10 Andrzej Marchwiński / Ewa Kasprzyk z tajemniczym znajomym /10 Kapif Ewa Kasprzyk z córką /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk /10 Teodor Klepczynski / Ewa Kasprzyk /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk /10 Michał Pieściuk / Ewa Kasprzyk Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: Jeszcze niedawno media donosiły o zdradach małżeńskich prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego i jego małżonki Carli. Sprawą zajęła się paryska prokuratura, która wszczęła śledztwo w sprawie rozpowszechniania tych plotek. Według doradców szefa państwa, pogłoski owe są wynikiem politycznego spisku. Pierwsze podejrzenia padły na byłą minister sprawiedliwości Rachidę Dati. Plotki mówiące o rzekomych pozamałżeńskich relacjach pierwszej pary Francji pojawiły się blisko miesiąc temu na blogu prowadzonym na serwerze francuskiej gazety "Journal du dimanche" ("JDD"). Te doniesienia, choć pominięte przez poważną prasę francuską, zrobiły furorę w mediach zagranicznych, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Jako osobę mającą rozpuszczać te pogłoski media wskazywały byłą francuską minister sprawiedliwości Rachidę Dati, która temu stanowczo poinformowały we wtorek francuskie media, policja - na wniosek właściciela samego "JDD", wydawnictwa Hachette Filipacchi - wszczęła wstępne śledztwo przeciw autorowi wspomnianego bloga. Hachette Filipacchi jest filią grupy Lagardere, którą kieruje Arnaud Lagardere, uchodzący za bliskiego znajomego prezydenta Sarkozy' przedstawicieli prokuratury właściciel "JDD" tłumaczy pozew tym, że publikacja plotek o życiu prywatnym pary prezydenckiej "zaszkodziła wizerunkowi firmy i jej wiarygodności". Jak dodaje agencja AFP, po publikacjach na blogu dyrekcja "Journal du dimanche" ogłosiła dymisję dwóch pracowników zamieszanych w aferę: szefa swojej strony internetowej oraz autora sławetnego ostatnich dniach doradcy prezydenta Sarkozy'ego sugerowali publicznie, że pojawienie się plotek o problemach małżeńskich pierwszej pary Francji wynika z politycznego spisku, wymierzonego w przez agencję Reutera wypowiadający się anonimowo dziennikarze "Journal du dimanche" uznają natomiast wszczęcie śledztwa w tej sprawie za rezultat nacisków z Pałacu winna była minister?Według tygodnika satyrycznego "Le Canard enchaine", powołującego się na źródła policyjne, główną rolę w rozpowszechnianiu wspomnianych plotek miała odegrać była minister sprawiedliwości, a obecnie eurodeputowana Rachida Dati. "Le Canard enchaine" twierdzi, że właśnie z tego powodu prezydent Sarkozy polecił odebrać ostatnio Dati jej służbowy samochód oraz eskortę zdementowała jako całkowicie fałszywe informacje o jej roli w kwestii plotek o małżeństwie Sarkozych. Zagroziła też pozwaniem do sądu pod zarzutem zniesławienia każdego, kto będzie ją o to im Po publikacji reportażu o Czarnym Kocie, dostaliśmy masę wiadomości od dawnych gości hotelu piszących o mazi strzelającej z dyszy do jacuzzi, małżeńskich zdradach odbywających się na jego łożach, a także osobistych sentymentach związanych z tym miejscem. Wybraliśmy najlepsze z nich. Pomysł na zrobienie fotoreportażu w hotelu Czarny Kot chodził mi po głowie od dłuższego czasu, ale nie spodziewałem się, że materiał odbije się aż tak szerokim echem w sieci. Tymczasem okazało się, że najsłynniejsza samowola budowlana w Warszawie, która przez ponad 20 lat pięła się w górę, zyskując kolejne dziwne narośle, wzbudza emocje w całej Polsce. Artykuł udostępniono na Facebooku kilkaset razy, zaistniał też na popularnych profilach i grupach tematycznych, więc po jego publikacji zalała nas fala wiadomości i komentarzy. Wśród ich autorów tradycyjnie znaleźli się zarówno krytycy stołecznego Gargamela ("Polski Gaudi na Balsamie Pomorskim"), jak i fani jego wieżyczek, daszków, tarasików, okienek, wykuszy i fantazyjnych wnętrz ("Jak to najbrzydszy? Jeden z najfajniejszych, a nie skserowany od 15 innych!"). Pojawiły się też nostalgiczne wspomnienia ("Po odebraniu świadectwa maturalnego poszedłem tam na bilard i piwo. Do dziś dokument jest ubrudzony niebieską kredą") i szczere wyznania („Kiedyś kochanka mojego eks-męża zdradzała go z innymi panami w tym obiekcie i chwaliła się tym faktem publicznie, a jemu to nie przeszkadzało”). Mnie szczególnie zainteresowały jednak wspomnienia czytelników, którzy sami zatrzymali się w hotelu, więc postanowiłem wybrać dla was najciekawsze z nich. Jeżeli po ich lekturze będziecie chcieli spędzić noc w Czarnym Kocie, to nie ma problemu - przybytek wciąż działa w najlepsze, mimo decyzji o rozbiórce. Hotel Czarny Kot, fot. Piotr "Kaczy" Kaczor Foto: Materiały prasowe Olga Kołakowska: Noc w Czarnym Kocie była zwieńczeniem całodniowego programu "randki idealnej". Wcześniej byliśmy na koncercie Lightning Bolt w Pogłosie, więc do pokoju przyszliśmy przepoceni, śmierdzący szlugami i bóg wie czym jeszcze. Postanowiliśmy od razu wskoczyć do jacuzzi. Wanna powoli napełniała się wodą, a my usiłowaliśmy się połapać w gąszczu przycisków i pokręteł na baterii. W pewnym momencie myśleliśmy już, że dysze nie działają, ale nagle P. coś wcisnął i okazało się, że były po prostu przytkane. Z każdej z nich trysnęła na nas czarna maź o zapachu dawno nieczyszczonego odpływu prysznica (tylko 100 razy intensywniejszym). Wyskoczyliśmy z krzykiem z wanny, jakoś się obmyliśmy przy umywalce i poszliśmy na recepcję. Przysłano do nas pana konserwatora, który mimo naszych zapewnień, że syf pochodzi z dysz, zabrał się za rozkręcanie słuchawki prysznicowej. Po piątym lub szóstym napomknięciu o dyszach, zgodził się w końcu je sprawdzić i wannę zalała kolejna fala świństwa. Pan uznał, że problem go przerasta, więc wyszedł i wrócił z panią w garsonce. Ta spojrzała na czarną wannę, potem na nas w taki sposób, że nie miałam wątpliwości, kto jej zdaniem jest źródłem brudu. Odpaliła jacuzzi, a my przez moment baliśmy się, że cały brud już wypłynął i nasza wiarygodność zostanie podważona. Na szczęście dysze znów stanęły na wysokości zadania i niebawem zaczęły wypluwać świństwo. Pani patrzyła w zamyśleniu na wannę, a dysze pracowały w najlepsze i niebawem w całym apartamencie śmierdziało tak, że nie dało się wytrzymać. Po jakiejś minucie kontemplacji pani wyłączyła w końcu jacuzzi i podsumowała eksperyment krótkim "Dziwne…", po czym wyszła. Ostatecznie dostaliśmy nowy pokój - jacuzzi co prawda było w nim czyste, ale kaloryfer rozkręcony na full. Usiłując otworzyć okno, odkryliśmy, że mamy widok na balkon pokryty odchodami gołębi oraz zaplecze kuchni. Łazienka w hotelu Czarny Kot, fot. Michał Bachowski Foto: Materiały prasowe Piotr Friedberg: Nocowałem tam raz z powodu żartu wspólnika, który polecił ten hotel jako "jedyny w swoim rodzaju", kiedy w ostatniej chwili okazało się, że muszę zostać w Warszawie. Wylądowaliśmy w Czarnym Kocie we trzech i od razu zrozumieliśmy, że Michał zrobił nam numer. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś tak dziwacznego. Pamiętam, że wszędzie były kolumny, fontanny i kiczowate malowidła w złotych ramach. Mieliśmy trzy pokoje obok siebie, ale każdy znajdował się na innym poziomie. W pierwszym za drzwiami były schody w górę prowadzące do jakiejś baszty, w drugim po otwarciu drzwi trzeba było zejść w dół. Tylko ostatni był pod tym względem "normalny". Pokoj w hotelu Czarny Kot, fot. Michał Janica Foto: Materiały prasowe Michał Janica: Mój tata raz na jakiś czas przyjeżdża służbowo do Warszawy. Zawsze stara się zatrzymywać w innym miejscu, bo wspólne zwiedzanie pokoi hotelowych to nasza mała tradycja. Kiedy wylądował w Czarnym Kocie, już z daleka widziałem błysk w jego oku i dziecięcą radość wymalowaną na twarzy. Gdy tylko podszedłem bliżej, przywitała mnie fosa i drzwi z majestatycznymi czarnymi panterami. To był mniej więcej ten moment, w którym "zawirował mój świat", cytując Just 5. Różnorodność i konsekwencja z jaką zrealizowano ten park rozrywki była przytłaczająca i na swój sposób godna podziwu. To miejsce jest na wskroś najbardziej autentyczną kopią wszystkiego, co mogło być uważane w latach 90. za luksusowe, przytulne, gościnne, nowoczesne i artystyczne jednocześnie. "Dynastia" spotyka "Modę na Sukces" i jadą razem na randkę do przydrożnego małego domu weselnego. Robione na zamówienie meble pokojowe przypominały scenografię z nieistniejącego filmu "Barbie odwiedza King Size", a w łazience z powodzeniem mógłby robić interesy sam Siara. Chodziłem po obiekcie, zastanawiając się dlaczego to miejsce nie jest jedną z atrakcji Warszawy. Ta magiczna mutacja lat 90. powinna przecież być pełna hipsterów. Dopiero później dowiedziałem się, że od lat trwają próby wymazania z mapy miasta tego zagięcia czasoprzestrzeni. Póki więc stoi, razem z tatą polecamy go odwiedzić każdemu. Fontanna w hotelu Czarny Kot, fot. Michał Bachowski Foto: Materiały prasowe Mika Minkowska: Moja historia z Czarnym Kotem miała miejsce jakieś 10 lat temu, gdy mój ówczesny narzeczony przyleciał do Warszawy, aby mnie odwiedzić. Zdradziłam mu, że zawsze marzyłam, aby wynająć pokój w hotelu przy Okopowej. Wiem, to dziwne, ale od dziecka to miejsce mnie fascynowało i przerażało jednocześnie, co tworzyło przyciągającą mieszankę. Zamieszkaliśmy tam na tydzień. Codziennie zmienialiśmy pokoje, ponieważ występowały w nich liczne problemy. Raz nie działała wanna, innym razem zarwało się łóżko lub nie można było zamknąć drzwi. W pewnym momencie wymyślaliśmy problemy tylko po to, aby pozwiedzać kolejne kwatery. Mówiliśmy np., że we wnętrzu unosi się nieładny zapach i byliśmy przenoszeni do większego lokum. Raz trafiliśmy na miejsce z widokiem na murowaną ścianę, więc zareklamowaliśmy także to. Tym sposobem zwiedziliśmy wiele pokoi i musicie uwierzyć, że każdy z nich był wyjątkowy i inny od poprzedniego. To było niepowtarzalne, transcendentalne przeżycie, bez narkotyków. Wielkie wanny z jacuzzi, barokowy wystrój, dziwne rzeźby lub próby dodania odrobiny nowoczesności do wnętrz znajdujących się w nowszej części budynku, np. poprzez urządzenie ich w całości na biało i podświetlenie łóżek czy podwieszenie sufitów z ledami. Oprócz nas nie mieszkał tam prawie nikt, choć był środek lata. Po budynku kręciło się sporo podejrzanych typków, a na recepcji rzadko siedział ktokolwiek. Pamiętam, że ceny jak na tamte czasy były dość wysokie, ale hotel na pewno nie utrzymywał się z przyjezdnych gości. Była tam też restauracja, z której usług zdarzyło nam się skorzystać kilka razy. Obsługa była bardzo nieprofesjonalna, a jedzenie mizerne. Pamiętam, że pojedynczych klientów mieli totalnie gdzieś. Musieli być nastawieni na obsługę dużych imprez, które odbywały się w budynku co kilka dni. Na samej górze hotelu, w wieżyczce, córka właścicielki prowadziła butik z elegancką odzieżą luksusowych marek. Była bardzo miła, a pytana o dziwnie niskie ceny twierdziła, że to końcówki kolekcji sprowadzane z zagranicy specjalnie dla niej. Miała niebotycznie długie tipsy, głośno żuła gumę i miała wielką czarną czuprynę. Nie wiem jak, ale udało się jej idealnie wpisać stylem w otoczenie. foyer w hotelu Czarny Kot, fot. Piotr "Kaczy" Kaczor Foto: Materiały prasowe Krzysztof A Klementowski: Przed kilku laty nocowały tam przez kilka dni dwie moje koleżanki. Miały akurat jakąś taką fazę na ciuchy z obcisłej czarnej skóry. Kiedy skończyły swój pobyt w Warszawie i chciały wylogować się z hotelu, otrzymały nieoczekiwanie wysoki rachunek. Zdziwione zapytały o co chodzi, a pracownik hotelu odpowiedział: "No co dziewczynki, przyjechałyście zarobić, to teraz trzeba za to zapłacić". Jako że koleżanki - lekarki - były w Warszawie na kursie do specjalizacji, sprawa otarła się o policję. Sala balowa w hotelu Czarny Kot, fot. Piotr "Kaczy" Kaczor Foto: Materiały prasowe Angelika Weronika: Praktycznie wychowałam się w tym hotelu. Jeździłam tam z tatą do mojej cioci Katarzyny Studzińskiej, właścicielki Czarnego Kota. Tato pracował tam jako ochroniarz na dyskotekach i różnych imprezach. Później razem z wujkami pomagał też przy rozbudowie budynku. Z perspektywy dziecka ten hotel wyglądał jak zamek. Uwielbiałam spędzać tam czas. Do dziś pamiętam piękną salę balową i niesamowity wystrój całości. Uważam zresztą, że te wnętrza wciąż mają swój urok. Moje smaki z dzieciństwa? Pyszne obiady gotowane przez "ciocie" kucharki w Czarnym Kocie, a nie przez babcię. Do tego jeszcze suczka Diana rasy bernardyn - mój towarzysz do zwiedzania "mrocznych kątów" budynku. Ja i moja rodzina jesteśmy tam zawsze mile widziani. Kiedy przejeżdżam obok, zawsze wracają miłe wspomnienia. Zwłaszcza teraz, kiedy tato odszedł i tylko to mi po nim pozostało. Zobacz też: Zadłużone hotele. Rekordzista ma blisko 200 mln zł długu

historie o zdradach małżeńskich